Setki ustawionych meczów? Mafia azjatycka? Nic nowego - tak naprawdę jest dużo gorzej

Szok. Niedowierzanie. Europol ogłosił, że w ostatnich latach ustawiono 680 spotkań piłkarskich na całym świecie. Mecze w eliminacjach mistrzostw świata i Europy, a nawet mecz Ligi Mistrzów w Anglii. Że podejrzanych w sprawie jest 425 osób. Onet i Gazeta.pl napisały o szokującej informacji. O największej aferze. Szczerze? To nic nowego. A nawet więcej – to pikuś. Tylko część przykrej prawdy. W ostatnich latach ustawiano nie tylko mecze eliminacji, ale nawet spotkania na mistrzostwach świata.

Dortmund. Miasto w Zagłębiu Ruhry, które dziś kojarzy nam się z Borussią i trójką Polaków. W 2006 roku na tym samym stadionie po końcowym gwizdku Artur Boruc siedział załamany na murawie, a jego mina mówiła wszystko: „Gdyby nie te patałachy z pola, nie przegralibyśmy z Niemcami”. Bronił wszystko, aż do ostatniej minuty, kiedy był bezradny.

Minęły mniej więcej dwa tygodnie, znów Dortmund, znów ten stadion i równie bezradny jest inny człowiek, tym razem na trybunach. Kończy się mecz Brazylia – Ghana, a brunet, na oko trzydziestolatek, płacze. To szanowany pracownik uniwersytetu w Oksfordzie, Declan Hill, kanadyjski dziennikarz śledczy, kiedyś aktor (stąd pewnie znakomita dykcja), zarazem największy ekspert na świecie, jeśli chodzi o proceder ustawiania meczów piłkarskich.

Płakał bo właśnie widział mecz, na który patrzył cały świat. Miał wokół siebie ludzi, którzy go przeżywali, a on po prostu … wiedział. Znał zjawisko w teorii, ale wtedy, w Dortmundzie, poznał je w praktyce. Piłkarzom z Ghany federacja obiecała przed meczem 20 tysięcy dolarów za awans. Faworytem nie byli, grali z obrońcą trofeum. Aż nagle pojawił się ktoś, kto federację przelicytował. 30 tysięcy, na głowę, wystarczy tylko przegrać. Różnicą dwóch lub więcej goli. Udałio się, było 0:3.

W kwietniu ubiegłego roku, jeszcze przed Euro 2012, zadzwoniłem do Hilla. Robiąc wywiad, który znajdziecie tutaj, spytałem, czy czuł się wtedy jak dziecko, które nagle dowiedziało się, że święty Mikołaj to fikcja. Ale nie, to było złe porównanie. Bo Hill był wtedy raczej jak dziecko, które najpierw dowiaduje się, że życie wcale nie jest sielanką, bo ludzie umierają. A niedługo później obserwuje swoją matkę, która przegrywa jednostronny pojedynek z rakiem.

Pamiętam, że tamten jednostronny mecz Brazylii z Ghaną dotknął również mnie. Na tym samym turnieju Ghana w fazie grupowej zdeklasowała Czechów. Wygrała 2:0, a mogła dużo, dużo wyżej. Tak grającego zespołu z Afryki nie widziałem do tej pory. Pamiętam, że poszedłem do bukmachera i postawiłem drobną sumę pieniędzy na to, że Ghana wygra cale mistrzostwa. Myślę, że to było rozsądne. W tamtym spotkaniu grała genialnie, a na całym turnieju nie widziałem drużyny przerastającej inne o klasę. Takiej, jak teraz Hiszpania. Pamiętam też, ze kurs na Ghanę był bardzo wysoki. Może coś wiedzieli.

Hill zjawisko ustawiania spotkań opisał w książce „The Fix – soccer and organized crime”. Ciężko mi było przebrnąć przez fragment o tamtym meczu. Poczułem się oszukany. Od razu obejrzałem na YouTube skrót tego spotkania i rzeczywiście – obrońcy, którzy nie dali Czechom pograć, przeciwko Brazylii jakby kompletnie zapomnieli, jak łapać na spalonego. Każdy, kto choć trochę grał w piłkę, wie, że to błędy, które spotyka się raczej na podwórku, a nie boisku piłkarskim.

Ale ustawianie spotkań to nie tylko mecz Brazylia – Ghana. Hill w swojej książce pisze o Kamerunie, który na kolejnych mundialach w 1994 i 1998 roku miał ustawić po jednym meczu. Załatwić miał to człowiek, który w książce nazywany jest Pal. Wiecie, jak przekupił jednego z kameruńskich piłkarzy? Pieniędzmi dla drużyny i ... siecią wodociągów, którą doprowadził do jego rodzinnej wioski.

Pisze też o ligach piłkarskich w Azji, które skażone korupcją były do tego stopnia, że obywatele zaczęli interesować się wyłącznie piłką w Europie. Hill też przestrzegał mnie w rozmowie, że tzw. pośrednicy, działający na rzecz szefów całej przestępczej machiny, na Starym Kontynencie czują się coraz lepiej. Wspomniana sprawa meczu Ligi Mistrzów, rozgrywanego w Anglii, w tym kontekście mnie więc nie dziwi.

Choć media całego świata trąbiły wczoraj wyłącznie o piłce nożnej, naiwne jest myślenie, że ona jedyna padła ofiarą tej plagi. Hill tłumaczył mi przez telefon, że największy problem ma tenis, zwłaszcza w wykonaniu kobiet, i sporty wywodzące się z Azji, jak ping - pong czy sumo.

Inna sytuacja: męski Wimbledon, kilka lat temu. Australijczyk Lleyton Hewitt grał z anonimowym gościem z Azji, już nie pamiętam nazwiska. Prowadził w setach, a w kolejnej partii miał 5:2 i serwis. Pewna wygrana. Musiałem wtedy u jednego z bukmacherów raz obrócić pewną sumą pieniędzy, więc postawiłem, że wygra tego seta. I wiecie co? Przegrał 5:7, by w kolejnej partii być już wyraźnie górą. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w tenisie tak właśnie to działa. W swojej naiwności sądziłem, że Australijczyk był po prostu zbyt pewny siebie.

Wielu ludzi nie chce dostrzegać problemu, a nawet czytać o takich rzeczach. W jednym z komentarzy pod tamtym wywiadem, porównano mnie do … samicy glonojada. Bo, cytuję: „Z lekka ryję z innych doniesień i mało kopię sensownie”. W innym komentarzu mogłem przeczytać, że rodzaj i treść zadawanych przeze mnie pytań świadczy o tym, co tak naprawdę interesuje mnie w piłce. Czytaj – w piłce powinno się pisać o rzeczach dobrych, o sukcesach, a wszystkie brudy zamiatać pod dywan.

Polacy już tak mają, że dużo łatwiej zaakceptować im świat przedstawiony w serialu „Magda M.” niż ten z „Pitbulla” Patryka Vegi. Chcemy wierzyć, że jest pięknie, szczęśliwie. Fajnie wyraził to Paweł Zarzeczny, gdy rozmawialiśmy kiedyś w „Championsie”. Cytat: „Ludzie chcą wierzyć, że jest jakiś szeryf i jednym strzałem z kolta potrafi wszystkich załatwić. Oczywiście, po latach zbadano te kolty i okazało się, że trafia do celu jeden na czterysta strzałów. Czyli generalnie jedna wielka kaszana. Ale ludzie wolą wierzyć w mity”.

„The Fix” to dla mnie jedna z najważniejszych książek XXI wieku. Poruszająca, mocna, chwilami czyta się ją jak thriller, tylko że tu wszystko jest oparte na faktach. Szkoda, że jak dotąd nie wyszła po polsku. Powinna wyjść. To książka, która trochę zmienia postrzeganie futbolu. Przyznam się, że teraz, oglądając mecz i rejestrując w nim dziwne zdarzenie, zapala mi się taka lampka alarmowa.

Widzę, jak Wyspy Zielonego Przylądka strzelają w końcówce dwa gole Angoli i wchodzą do ćwierćfinału. Niby powinienem się cieszyć, napisać na Twitterze, że to piękna historia, bo teraz ten malutki kraj nie będzie już tylko utożsamiany z piosenkarką Cesarią Evora, której nota bene nie cierpię. Powinienem, ale nie napiszę, bo w głowie zostanie mi to, co robiła przy tych bramkach obrona rywala. Jak zachowywał się bramkarz. Do głowy przyjdą od razu fragmenty książki Hilla.



Nie, to nie jest żadna mania. Ustawianie meczów nie jest póki co esencją piłki nożnej, ale jest problemem, poważniejszym niż doping (w piłce nie da ci tyle co w kolarstwie), o którym powinno się jak najwięcej mówić. Mam z tego powodu znienawidzić piłkę? Nic z tych rzeczy. Dla mnie ta dyscyplina, nawet jak trochę (s)kopana, wciąż jest kochana. A czy dziennikarze polityczni przestają lubić swoją pracę, gdy nieoficjalnie dowiadują się o aferze korupcyjnej, o której nie mogą napisać? Czy dziennikarze ekonomiczni idą złożyć wymówienie albo wpadają w depresję, gdy przekonują się, że świat z książki „Wyrok” Mariusza Zielke (właśnie kończę, polecam) ma dużo wspólnego że światem realnym?

Piłka nożna jest dyscypliną, opartą na walce. Na rywalizacji. Tylko, że dla Hilla w tej chwili te walki są dwie. Jedna na boisku, a druga poza nim. Po konferencji Europolu mógł pewnie rzucić „A nie mówiłem”, ale tego nie zrobił. Na Twitterze zacytował tylko jednego ze swoich rozmówców, francuskiego mistrza świata z 1998 roku Emmanuela Petita. Jego wpis brzmi tak:

„To jest walka pomiędzy dobrem i złem, która rozgrywa się w sercu międzynarodowego futbolu”. Dzisiaj pewnie rozumiecie te słowa.

Kuba Radomski na Twitterze
Trwa ładowanie komentarzy...